Mam słabość do Volvo – to już wiecie. Lubię je jakoś podświadomie, może też dlatego, że kiedy zimą nie odpalało w górach nic, to przy niemal -30 na dworze XC60 łapało na dotyk, jakby za oknem palowała miła, majowa pogoda. Tak, pod tym względem Volvo to samochód na wskroś skandynawski.

Szkoda mi było tylko zawsze, że Volvo wisiało w takim trochę zawieszeniu – były to samochody za dobre na zwykłą klasę średnią, ale też zawsze im czegoś brakowało, by w 100% wskoczyć do klasy wyższej. Nie wiem, czy to kwestia prestiżu, technologii, a może ceny, ale zawsze Volvo było gdzieś pomiędzy.

Ostatnio zresztą też nie miało czym konkurować – S80, nawet mimo bardzo dobrych liftingów, nie mogło zwyczajnie konkurować z innymi samochodami ze swojej klasy ze względu na trochę już przestarzałą konstrukcję.

No, to od teraz Volvo już oficjalnie jest w tej upragnionej klasie wyższej. XC90 było tego początkiem, nowe S90 jest tego namacalnym potwierdzeniem. Borze, jak ja się jaram tym samochodem.

Nowe Volvo S90

Aż trudno mi zachować jakikolwiek obiektywizm i nie powiedzieć ‘jakie to auto jest zajebiste!’. Sęk w tym, że jest.

Jest chłodne w wyrazie, typowo skandynawskie, bez zbędnych fajerwerków. Proste linie, niewiele przetłoczeń, geometryczne formy. Przód znany bardzo dobrze z modelu XC90 ze światłami LED w kształcie młota Thora, jak to styliści ładnie ujęli.

Linia taka, jak być powinna. Wystarczająco lekka, ale i muskularna.

Tylko ten tył… na początku nie byłem przekonany, ale im dłużej na niego patrzę, tym bardziej stwierdzam, że jest dobry. Nawiązuje do poprzednich Volvo, nie odcina się od nich, nie tworzy siebie na nowo. Całość czerpie z tego, co dobre i przyjmuje bardzo wyrafinowaną postać.

Ale i tak najlepsze jest wnętrze. Skóra to skóra, drewno to drewno, metal to metal, a szkło to szkło. Nic dodać, nic ująć i nawet ten wielki ekran jakoś nie przeszkadza – ponoć nad tym, by wszystko było maksymalnie ergonomiczne, pracowali ludzie z Apple. Więc powinno być dobrze.

Tylko te małe, 4-cylindrowe jednostki wciąż mnie bolą. I nic, ani nikt, mnie nie przekona, że te 2-litrówki wystarczą. Gdyby chociaż 5 cylindrów wrzucili, to bym był ukontentowany.

Za to, jeśli kombi wyglądać będzie tak… to się chyba popłaczę. Ze szczęścia oczywiście.

McLaren MP4-X

Drugą ważną premierą tego tygodnia był również McLaren 675LT Spider, czyli nic więcej jak normalny 675 bez dachu. Czy jest się czym ekscytować? No niespecjalnie. Szczególnie dla osób, które McLareny traktują z chłodnym dystansem.

Dlatego znacznie ciekawszy wydaje mi się ten oto koncept – wizja modelu F1 wg McLarena. Z kopułą chroniącą kierowcę, zabudowanymi kołami, dzięki którym strumienie powietrza lepiej chłodzą mechanizm hamulcowy oraz zawieszenie i milionem innych szczegółów, o których nie mam pojęcia.

Jak dla mnie bolidy F1 mogłyby takie być. Pewnie będą.

Ale co najlepsze – wtedy wyścig będzie wyglądał jak walka kilkunastu Batmobilów. How good is that?!

Zarooq SandRacer

Oczywiście chodzi mi o ten Batmobil z filmu Burtona. Bo jeśli ktoś woli Batmobil z filmów Nolana, to dla nich z pewnością ciekawszy będzie Zarooq SandRacer. Coś w nich jest podobnego, musicie przyznać.

Tak czy inaczej, auto wyszło pod ręki tego samego faceta, który zaprojektował Lykan’a i jest prawdopodobnie jednym z mocniejszych samochodów przeznaczonych w teren. To coś takiego, jakby wziąć Nissana 370Z (ta sama długość, stąd porównanie), posadzić go na terenowym zawieszeniu, poszerzyć go i wrzucić na Dakar. Co z pewnością się stanie, nie widzę innego powodu, by budować taki samochód, jak wyprawy rallycrossowe.

Oj, takim Batmobilem to bym w teren jeździł na pełnej.